Nie wiedział, kiedy zasnął. Otworzył oczy, gdy za oknem wisiał szary zmrok. Wstał, przygładził włosy przed lustrem, obejrzał nowiutki garnitur i zeszedł na dół. Drobny człowieczek w czarnej kamizelce i koszuli z podwiniętymi rękawami właśnie zapalał naftowe lampy. Siadł za stołem. W miarę rozbłyskiwania żółtawych świateł pusty dotąd lokal począł się zapełniać. Blask lamp przyciągał ludzi jak ćmy. Oto pojawił się pan Marshall, wędrowny księgowy, który tak nie znosił wędrówek. Pomachał z daleka ręką i natychmiast skierował się. do stolika Bedego. — Pracowity dzień — stwierdził zajmując bezceremonialnie puste krzesło. — Miałem mnóstwo roboty, lecz sprawy poszły szybko. Już jutro opuszczam Goodyear — powiedział smutno. — Chyba się pan z tego cieszy? Goodyear musi być okropnie nudną dziurą. — Ba, pewnie bym się cieszył, gdyby nie fakt, że znowu czeka mnie męcząca droga. Przy dłuższej kontroli mógłbym tu nieco odpocząć. Niech pan mi wierzy, Goodyear nie jest najgorszym miejscem świata, zbyt pochopnie pan je ocenił.