— Nie, nie... — zaprzeczył energicznie Bede. — Chcę tylko oddać swój woreczek w depozyt. — I słusznie pan uczyni. Co prawda, nigdy jeszcze w moim lokalu nikogo nie okradziono, lecz, jak to się mówi, okazja stwarza złodzieja. Wyprowadził gościa za próg i wskazał mu kierunek. — Piętrowy budyneczek z czerwonej cegły, z kratami w oknach. Łatwo zauważyć. Bede podziękował. Teraz już był pewien, że wieść o złotym depozycie rozejdzie się wśród gości saloonu, a poprzez nich — po całym miasteczku. To jasne, karczmarz pochwali się znajomkom, że zamieszkał u niego „prawdziwy eksplorer" i do tego „szczęśliwy eksplorer". Filia „Simpsona i Spółki" mieściła się istotnie w czerwonym budynku, którego okna wyposażono w solidne kraty. Nad wejściem widniał elegancki, mosiężny szyldzik: ,,Savings Bank". Musiano go chyba codziennie pucować, bo lśnił jak złoty. Bede pchnął drzwi, za nimi ujrzał następne, oszklone i dwuskrzydłowe. Znalazł się w salce przegrodzonej w poprzek ścianką nie sięgającą sufitu. W ściance widniały dwa okienka.