— Chce pan obejrzeć stajnię? To zaraz obok, na tyłach domu. Stajnię wypadało obejrzeć, chociażby z troski o zwierzę, lecz gdyby przez ten czas jakiś złodziej lub ciekawski włamał się do szuflady stolika — cały plan Bedego, jak to ślą mówi, wziąłby w łeb! — Nie — odparł. — Zajrzę tam później. — A uprząż i rzeczy? Zostawić w stajni czy przynieść do pokoju? — Przynieś — rozkazał krótko i czym prędzej pobiegł na piętro. Szuflada była zamknięta, woreczek, sprawdził, leżał nie tknięty. Postawił broń w kącie pokoju i rozciągnął się na łóżku. W kilka minut później przyszedł chłopiec z uprzężą, kilofem, patelnią i zrolowanym kocem. Złożył to wszystko pod ścianą i objaśnił, że wystarczy stajennemu pokazać klucz z numerem pokoju, a wyda konia na każde żądanie. Bede nadal leżał, odpoczywał i myślał nader intensywnie. Miał zapewniony dach nad głową i wyżywienie co najmniej na dwa tygodnie. Dlaczego właśnie na dwa? Bo uważał, że jest to okres czasu ani długi, ani krótki, w sam raz równy zaufaniu, jakie wzbudziła w gospodarzu grudka rodzimego złota.