— Domyślam się, że z dobrym rezultatem. Bede skinął głową. Nie dodał jednak, że ten rezultat znalazł się w kieszeniach rabusiów. — Mieszka pan w Goodyear? Nigdy dotąd pana nie spotkałem. Bede rozejrzał się po pokoju, dotknął łóżka, czy miękkie, zajrzał do dzbanka z wodą, do szuflady stolika, do szafy na ubrania. Jako bywalec hoteli wiedział, iż roztargnieni goście zostawiają w szufladach i szafach hotelowych pomieszczeń przeróżne drobiazgi, nawet części garderoby, a później posądzają swych następców o kradzież, jeśli przedmiot tajemniczo zginie. Lecz szuflada była pusta, szafa również. Bede zawahał się sekundę, włożył swój woreczek do szuflady, przekręcił w niej klucz i wsunął do kieszeni. Nie było to najlepsze zabezpieczenie rzekomego skarbu, lecz przecież nie zamierzał opuszczać pokoju na dłużej. — Chodźmy — zwrócił się do chłopca — pokażę ci mego konia. Zeszli po schodach, minęli gwarną salę, znaleźli się na werandzie. Wierzchowiec stał spokojnie, uwiązany. Bede wyciągnął z kabury winczester.