Wszedł do wnętrza i po długim targu pozbył się broni. Szeleszcząc zielonkawymi papierkami banknotów powędrował załatwić następną transakcję handlową. Tym razem w domu towarowym. Znalazł to, czego szukał: wybór ubrań różnej wielkości, różnego gatunku i różnej ceny. Długo gmerał w stosach gotowej odzieży, a później kłócił się ząb za ząb ze sprzedawcą o wartość każdej sztuki, zanim wreszcie opuścił sklep. Jakże inaczej teraz wyglądał! Jedyną starą rzeczą, jaką obecnie miał na sobie, był pas z coltami. Reszta, od kapelusza po buty, lśniła niepokalaną świeżością. Z nieodstępnym woreczkiem pod pachą wrócił do saloonu. Bo chociaż o informację dotyczącą banku czy kasy oszczędności, o której mówił księgowy, mógł się zwrócić do każdego przechodnia, uważał, że dla dobra swego genialnego planu powinien zapytać właśnie gospodarza saloonu. I tak też uczynił. — Kasa oszczędności? — powtórzył pytanie Harper. — Oczywiście, „Simpson i Spółka", stara solidna firma. Chce pan sprzedać im złoto? To może i ja...